piątek, 4 września 2015

Może ktoś mi uwierzy...

Kiedyś powiedziałam sobie, że nigdy nie będę gwiazdą i nie będę traktować innych gorzej od siebie, bo wiem jak to jest być wyśmiewana, krytykowana. Przez całe moje życie dążyłam i dążę do tego, aby nie tylko spełnić swoje marzenia, ale również zrobić coś dla innych.

Nigdy nie oczekiwałam oklasków, konfetti i innych takich za prowadzenie różnych fan pagy, nigdy nie oczekiwałam za to zapłaty, wystarczył mi fakt, że w danym miejscu zebrałam dane osoby, które razem ze mną chcą dzielić pasję. Rozmawiam z wieloma osobami, które są znane z telewizji. Cieszą mnie głupie dla wielu gwiazdki, bo to daje mi siłę do tego, by próbować zrobić coś nie tylko dla siebie, ale i dla mojego portalu czy innych osób, które są dla mnie ważne. Wystarczy zwykłe „dziękuję”, zwykłe „niezła robota”. Nie zależy mi na sławie, ale na tym by robić to co kocham i sprawia mi i innym przyjemność. Jednak wiele osób uważa, że mam ukryty plan, cel i robię to co robię by się wybić...

Niestety, wiele osób uważa, że jestem gwiazdą, która w jakiś cudowny sposób ma kontakty. Nie drodzy hejterzy oraz drodzy znajomi, nie zrobiłam nic poza tym, że jestem sobą i nikogo nie udaję na siłę. Ja wiem, że zazdrość to okropna cecha, sama czasem zazdroszczę, ale potrafię się kopnąć sama w cztery litery i powrócić do działania, nawet jeżeli to jakiś czas trwa.

Ci, którzy mnie poznali lub znają wiedzą, że mam trudny charakter, że potrafię jęczeć i smęcić, ale po niezłym opr wracam z większą siłą. Jednak to są tylko moje słowa i nie wszyscy muszą wierzyć. Rozumiem to i szanuję wasze zdanie. Nie można mówić wszystkim co się robi, bo nie starczyłoby mi czasu, zresztą ktoś mnie nauczył, że nie robi się czegoś dla kogoś, tylko dla siebie, ale nadal nie potrafię tego wprowadzić w życie w 100%, bo to nie mój charakter. Dziś tak naprawdę doceniam zdania i słowa pewnej osoby, mimo iż wtedy uważałam, że to nie w moim stylu, ale dziś wiem, że ta osoba robiła to dla mojego dobra. Czas chyba dojrzeć i zrozumieć, że świat jest okrutny i nie ma nic za darmo. Okrutne, prawda? Pewne działania mogą wyglądać inaczej niż może się to wydawać, ale to wszystko się ponoć nazywa życie. „Punkt widzenia, zależy od punktu siedzenia” i tak, zgadzam się z tym.

Zastanawiam się, co jeszcze napisać, ale nie mogę przez całe moje życie udowadniać wszystkim, że to, co robię, robię z innego powodu niż ktoś sobie wymyślił. Nie mogę wszystkim pisać: „nie, to nie prawda”, bo i tak mi nikt nie uwierzy a i ja w końcu stracę wszystkie siły na tłumaczenia, ale przecież tłumaczy się winny, prawda?. Ludzie dorabiali, dorabiają i będą dorabiać sobie teorie, czas sobie to uzmysłowić. Mogę jedynie starać się nie przejmować tym wszystkim, przełykać to wszystko i robić swoje dalej, ale są takie dni, kiedy po prostu zastanawiam się czy to ma sens, aby kopać się z koniem, bo czasami tak wygląda.Pytanie tylko czy jest sens próbować? 

Nie napisałam tego wszystkiego byście nagle do mnie pisali i mnie pocieszali, po prostu to jedyne miejsce, gdzie mogę napisać co myślę i będzie mi lżej...

niedziela, 17 sierpnia 2014

Najwyższa półka

Od wielu lat śledzę świat, który teraz tak naprawdę mnie otacza. Miałam się nie już nie odzywać w kwestii komentarza i jego jakości, ale po tym weekendzie po prostu muszę. Nie, nie dlatego, że dotyczy to trzech osób, które prywatnie darzę szacunkiem i w jakiś sposób biorę z nich przykład.

Od kilku sezonów narzeka się, że F1 i MotoGP to tylko studio, budka komentatorska w Warszawie i tak w kółko. Aż do dziś. Kiedy Polsat przejął MotoGP i zatrudnił takie osoby jak Mick, Grzegorz oraz Adam nagle nastąpił powiew świeżości i poczuliśmy się jak w innych krajach, gdzie komentarz stoi na wysokim poziomie.Nagle dostaliśmy coś, na co tak długo czekaliśmy.

Początki

Oczywiście, że na początku było trudno. Zwłaszcza dla Grzegorza, który musiał jeszcze w krótkim czasie ogarnąć F1 w sezonie 2013. Błędy się zdarzały, ale czy jest ktoś, kto by ich nie popełniał? Jego pojawienie się obok Andrzeja Borowczyka spowodowało, że wiele osób na nowo pokochało F1 – mimo, że nie było już Roberta Kubicy, przy odbiornikach zostali Ci, co kochają F1 nie patrząc na to, kto w niej jest. MotoGP to już czysty profesjonalizm, który może się wielu nie podobać, ale powiedzmy sobie szczerze, to dzięki tej trójce nagle tak wiele osób zainteresowało się motocyklami.

Liczne wyjazdy Michała i łączenie na żywo z bazą w Warszawie jeszcze bardziej podniosło rangę relacji i spowodowało, że wiele osób zaczęło uważniej śledzić zmagania „kolorowego cyrku motocyklowego” ;) Na pewno, sporym dopełnieniem profesjonalnej dwójki dziennikarzy znanej większości kibiców ze stacji SportKlub, jest Adam Badziak, który jako zawodnik przejechał wiele kilometrów na torach całego świata i wie jak zaciekawić swoimi opowieściami wybrednego widza.

Im dalej w las...

Im dalej w las tym lepiej. Z każdym wyścigiem czy to F1 czy MotoGP dało się zauważyć, że kibice widzą zmianę w relacji, jej jakości oraz ufają temu, kto jest po drugiej stronie ekranu. Idealnie dobrane głosy, barwy, poczucie humoru. Człowiek ma wrażenie jakby był częścią tego show, ma wrażenie, że nie jest przed telewizorem za karę, relacje go nie męczą. Po prostu z radością włącza telewizor i spędza całe dnie na śledzeniu zmagań danej dyscypliny, czy to F1 czy MotoGP i serii towarzyszących.

Brno

Od czasu kiedy panowie przyznali, że będzie relacja wprost z toru, wśród wielu osób pojawiła się euforia, ponieważ po wielu latach w końcu doczekaliśmy się relacji prosto z toru MotoGP. Zdjęcia, zapowiedzi wywiadów – no cóż, nieładnie, ale mała zazdrość była, ale i powód do dumy, że to nasi tam są i tak wspaniale się spisują. No cóż, jak widać, zachwyt jest, bo kto wie, kiedy następne takie akcje będą miały miejsce? Twitterowe konta całej trójki pewnie robiły się gorące, ja na fp Grzegorza robiłam co mogłam, by kibice byli usatysfakcjonowani – mam nadzieję, że wszyscy są zadowoleni.

Brno pokazało, że nasi milusińcy są odpowiednimi osobami na odpowiednim miejscu. Liczne, dowcipne konwersacje, żywy komentarz, ciekawe historie, odpowiadanie na pytania kibiców, śmieszne wpadki słowne ;), które nie rażą, a wręcz przeciwnie, wprowadzają wiele radości w to wszystko.

Jedno jest pewne. Możemy być z nich dumni. Dumni, że mamy takich zakręconych szaleńców, którzy swoim flow mogliby obdarzyć wiele osób. Ja jestem również szczęśliwa, że mam czasem okazję z nimi porozmawiać oraz mam możliwość patrzeć jak osoby, które podziwiam, wykonują kawał świetnej roboty. Warto z nich brać przykład a jeżeli ktoś chce powiedzieć coś brzydkiego lub skrytykować niech się przez chwilę zastanowi, czy warto, bo każdy z nas jest tylko człowiekiem. Nie ważne czy pracuje w telewizji czy nie, ale ma prawo do błędów. Ma prawo na chwile słabości, a my powinniśmy to uszanować i wspierać, a nie jeszcze bardziej dołować.

Pierwszy raz od dłuższego czasu czuję się na maxa wykończona weekendem wyścigowym. Tak powinno być, ale już zapomniałam jak to jest, kiedy masz na głowie tak wiele. Jednak czuję, że wywiązałam się ze swojego obowiązku... zwłaszcza z tego, z bycia administratorem fan paga Grzegorza.

Grzegorz, Mick, Adam: jesteście szaleni, pozytywnie zakręceni i za to kibice Was lubią. Za to, że jesteście sobą i pozwalacie „zwykłemu Kowalskiemu” na uczucie, że jest częścią wspaniałego świata sportów motorowych, że jest częścią waszego świata.

Oby więcej takich relacji i oby jeszcze więcej "łzów" radości. Tak proszę państwa, kilka razy w ten weekend popłakałam się ze śmiechu :)

środa, 6 sierpnia 2014

Przyjaciel/kolega w F1 – inny punkt widzenia

Kiedyś Robert Kubica i Lewis Hamilton odnieśli się do przyjaźni w F1. „Chcesz mieć przyjaciela w F1, kup sobie psa.” Rafaela Massa nie lubi F1, ponieważ jest „to zimne i nieprzyjazne miejsce.” Jednak chcę się do tego odnieść w nieco innym kontekście.

Nie jestem kierowcą F1 ani żadnym znanym dziennikarzem, ale żyję w środowisku, które kręci się wokół F1/MotoGP i innych serii wyścigowych. Oczywiście, że są hejterzy i Ci, którzy wymyślają niestworzone rzeczy o pewnych ludziach i faktach, ale nie o tym.

Tak się dzisiaj zastanawiałam, czy istnieje przyjaźń/relacje koleżeńskie na linii dziennikarz – dziennikarz, dziennikarz – kierowca. Pewnie co człowiek to opinia, ale ja uważam, że o wielu rzeczach nie wiemy i źle odczytujemy dane zdarzenia. Pierwszy przykład, który przytoczę, to Felipe Massa i dziennikarz O Globo, Celso Itibere (który jest jego wiernym kibicem) oraz drugi dziennikarz, tym razem telewizji Globo, którego imię i nazwisko wypadło mi akurat z głowy..., ale zapewne część z Was będzie kojarzyć tego pana z obszernego wywiadu, którego Felipe udzielił właśnie temu panu po wypadku na torze Hungaroring. Panowie znają się od x lat, spotykają się prywatnie, odwiedzają wzajemnie i żadnej ze stron nie przeszkadza to, gdzie pracują. Co więcej ani jednemu ani drugiemu nie przeszkadza to w krytykowaniu Brazylijczyka na łamach gazety czy na antenie podczas wyścigu. Można? Jak widać można.

Idziemy dalej. Fernando Alonso i Antonio Lobato. Tu może przesadzam z przyjaźnią, ale znajomość obu panów powoduje, że zarówno jeden jak i drugi pozwalają sobie na bardzo wiele. Kto nie zna żartów Alonso podczas relacji live Lobato, to polecam pobuszować na YT. Można się nieźle pośmiać ;)

Jednak bycie miłym, przyjaznym etc. może zaowocować także tym, w jaki sposób ludzie do nas podchodzą i jacy są wobec nas. Tu przykład dziennikarza, który po prostu momentami powala mnie na łopatki – Kai Ebel, dziennikarz F1 w stacji RTL. Oryginalny styl bycia, poczucie humoru oraz stosunek do otoczenia powoduje, że kierowcy chętnie z nim rozmawiają, niektórzy żartują a nawet oblewają go dla zabawy wodą lub przedrzeźniają i parodiują!Timo Glock jest w tym mistrzem ;)

Przykłady można mnożyć i pewnie powiecie, że to wyolbrzymienie, ale ja sama wiem, że można być dziennikarzem i pisać z kierowcami/dziennikarzami o ich sprawach prywatnych/zawodowych i nigdzie o tym nie mówić. Ja po prostu mam taką zasadę, że to, co ktoś mówi mi prywatnie, zostaje zachowane dla mnie i tylko dla mnie.

Poza tym... można się kumplować z dziennikarzami i kierowcami. Rozmawiać z nimi przez FB, TT, a nawet przez telefon. Przetestowane i sprawdzone ;)

sobota, 12 lipca 2014

Kobiecy dodatek

Podczas ostatniego GP Wielkiej Brytanii, wszystkie hostessy oraz pit girls miały na sobie stonowane acz idealnie podkreślające kobiece walory sukienki. Zwyczajne, czerwone sukienki w białe groszki. Do tego króciutki żakiecik, włosy oraz makijaż a'la pin up girl i całość wyglądała słodko acz kusząco. Ogólnie rzecz biorąc stroje, w których występują pit girls w F1 są od pewnego czasu stonowane, ale potrafią podkreślać to, co kobieta posiada. Również ich wygląd jest różny. Nie są to słodkie blondyneczki, które świecą prawie wszystkim czym się da jak na MotoGP – nie, to nie zazdrość, po prostu wkurzają mnie takie laski. No, ale wielu powie, że po to tam są – by stać, głupio się uśmiechać, nie wiedząc co mają za plecami.

Będąc swego czasu na pewnym zlocie, faceci bardziej ślinili się na widok sztucznych ciał hostess niż samochodów czy motocykli, które tam prezentowano.

  • Jesteś hostessą Yamahy, jak oceniasz ten motocykl? - zapytał prowadzący imprezę
  • Jest niebieski, idealnie pasuje do mojego lakieru paznokci – odpowiedziała jedna z dziewczyn 

No myślałam, że umrę tam ze śmiechu... ale tak jest i dobrze, że istnieją takie portale jak Motocaina – dla którego sama piszę -, które skutecznie walczą z łatką „kobiety dodatku” do męskiego świata

Wczoraj, wiele osób pisało, że Viviane nie jest ładna i nie wiadomo co Rosberg w niej widzi. A ja wiem co widzi, tzn. domyślam się. Dla niego Viviane jest najpiękniejszą kobietą na świecie, mimo iż wielu facetom się nie podoba. Jest naturalna i kiedyś nawet czytałam wywiad z Nico, że za to ją kocha. Za to, że jest sobą, że się nie wstydzi swojego wyglądu i tym go urzekła. No, ale cóż. Takich facetów nadal jest mało, bo jak widzą cycki czy tyłek to od razu się ślinią.

Podobna sytuacja jest z Rafaelą. Nie jest to miss Brazylii, tylko zwykła dziewczyna z sąsiedztwa, która dzięki swojemu uporowi wraz z rodziną prowadzi jeden z największych domów mody – więc nikt mi nie wmówi, że poleciała na Felipe, bo ten ma miliony. Sama posiada na koncie grube miliony nie wspominając o ogromnym majątku.

Sebastian Vettel. Jego narzeczona to także zwyczajna dziewczyna, o wyglądzie nastolatki. „Mistrz świata może mieć każdą” powiecie., ale on wybrał akurat zwyczajną dziewczynę, która jest dla niego całym światem. A Horner? Zostawił niedoszłą żonę z dzieckiem i poleciał na byłą wokalistę Spice Girls. A ta – według brukowców z Anglii - ma nie tylko sztuczny biust, sztuczne policzki, ale i usta. Jak to mówią, kto co lubi... Ciekawe jakie zdanie ma o Webberze, który jest z kobietą o kilka lat starszą od siebie, ale szalenie ją kocha.

„Bo w MotoGP chodzi o to, by nasza marka znalazła się na ubraniu kobiety. Tu chodzi o to, by swoim wyglądem spowodowała zapamiętanie naszej marki.” i o czym tu pisać? Chyba tylko o tym, że zwyczajne dziewczyny nie mają szans by dostać takową pracę, bo po prostu nie są atrakcyjne.

sobota, 28 czerwca 2014

Niesamowity dzieciak MotoGP

Marc Marquez – 21 letni dzieciak, który obecnie pokazuje wszystkim zadek – i nie tylko - w MotoGP ;) W sumie dzieciak, to złe określenie, bo ten młodzieniec jest tylko rok młodszy ode mnie. Kurde. Rok młodszy a tyle już osiągnął.

Kochają go miliony, może mieć każdą dziewczynę, ale jak stwierdził ostatnio, jest wolny i skupia się na tym co kocha – czyli MotoGP. Jego więź z bratem jest bardzo silna. To Marc zaraził Alexa motoryzacją a potem motocyklami. Ojciec Hiszpanów, który był dziś obecny na torze może śmiało powiedzieć, że jest dumny z takich synów. Jak to się dzieje, że wygrywa wszystko? Trudno to wytłumaczyć. Zawodnik Repsol Hondy jest jak … hmmm Schumacher? Możliwe. Zaprogramowany na każdy wyścig tak samo. Aż przypomina mi się opis z książki pod tytułem: „Wewnątrz Umysłu Kierowcy Grand Prix”, gdzie była mowa o tym, że Schumacher w danej chwili „sięga”/”otwiera” daną szafeczkę czy skrytkę i programuje się na dany stan. Tak jakby w jego umyśle były szuflady z instrukcją na dany czas i miejsce.

Śledzę MotoGP od długiego już czasu. Pamiętam czasy tej serii w SportKlubie, pamiętam zacięte pojedynki Rossiego ze Stonerem. Tęsknię za Marco... Jednak Marc, uśmiechnięty od ucha do ucha młodzieniec jest po prostu sobą. Zero afer, zawsze – w miarę możliwości - spełnia życzenia fanów. Ostatnia akcja na jego fan pagu na plus. Czy pamiętacie, by w ostatnim czasie jakiś zawodnik, czy to z MotoGP czy F1 odpowiedział na więcej niż 5 pytań? No ok, słynne czaty Ferrari, gdzie sama zadałam pytanie Massie. Jednak tam ktoś te pytania wybierał, a tu sam zainteresowany siedział i odpowiadał. Odpowiedział na ile mógł i starczyło mu czasu. Ze względu na to, że na studiach miałam kilka przedmiotów związanych z komunikacją międzyludzką a także dodatkowe zajęcia z kongruencji, lubię od czasu do czasu przeanalizować daną osobę właśnie pod tym kątem. Taka mała zabawa w psychologa.

Marc to nie Hamilton, który mówi co mu ślina na język przyniesie. To nie Montoya, który budzi kontrowersje samą swoją osobą. To nie Kimi, który podczas konferencji prasowych mruczy coś pod nosem. Jakoś tak mi Hiszpan przypomina Massę. Nie wiem czy wiecie, ale po GP Austrii, Brazylijczyk spędził sporo czasu ze swoim synem, grając z nim w piłkę w Paddocku. Też się obaj uśmiechają, też są sobą, nie starają się nie budzić kontrowersji. Rodzina to najważniejsza rzecz na świecie – obok uprawianych dyscyplin.

To nie jest gloryfikacja na wyrost. Hiszpan jest wręcz kompletnym zawodnikiem. Ba, może i się pokuszę o stwierdzenie, że kompletnym, bo upadki i uślizgi są spowodowane szukaniem idealnej linii jazdy. Ten dzieciak jest na granicy i szuka jeszcze dalej jest prawdziwego miejsca. Nie ma co porównywać go do Rossiego, szukać cech innych zawodników. Marc ma swoje pięć minut, które wykorzystuje idealnie. Ja tylko proszę o jedno: aby sodówka nie uderzyła mu do głowy, bo jest za „fajny” na to, by został wciągnięty w wir celebrytów i innych tego typu podobnych.

Czas na mnie. Urugwaj gra z Kolumbią. Nie wiem jak przeżyje niedzielę bez wyścigu – może być trudno ;) Dobrze, że jest Mundial :D

piątek, 30 maja 2014

Konferencja marzeń

W końcu mam chwilę wolnego na to, aby coś tutaj napisać – szkoda, że pisanie licencjatu nie idzie tak szybko, jak pisanie notek ;))

Trochę pajęczyn się pojawiło i trochę się przykurzyło, ale zaraz będzie czysto ;) Pamiętacie notkę o walce o swoje marzenia mimo przeciwności losu? O tym będzie niniejsza notka.

Chęć bycia dziennikarzem wydaje się prostą sprawą, ale bycie dziennikarzem F1 w kraju, który nie ma zbyt bogatej historii związanej z tym sportem jest już trudniejsza. Nie będę wracać do początków, ale uwierzcie było trudno momentami. Jednak od pewnego czasu jest inaczej. Wydaje mi się... a nawet jestem pewna, że potrzebna mi była motywacja do działania oraz to, by obok byli ludzie, którzy w Ciebie w jakiś sposób wierzą i znajdą dla Ciebie – mimo nawału swoich obowiązków – chwile dla Ciebie.

Pierwszą rzeczą, która była ważna, było uzyskanie akredytacji dziennikarskiej na konferencję organizowaną przez InvestGDA odnośnie budowy Narodowego Centrum Sportów Motorowych i Rekreacji. Kiedy się to już udało, z każdym dniem niecierpliwość, ale i zdenerwowanie rosło. Ja, szaraczek rzucam się w świat, w którym znajdują się profesjonalni dziennikarze, poważni działacze etc. Przerażenie i zdenerwowanie sięgnęło zenitu, kiedy się okazało, że będą tam Grzegorz, Mick oraz Adam. Tak, to dziwne, ale myślałam, że wszystko tego dnia spowoduje, że dostanę zawał na miejscu. Może się to wydawać śmieszne, ale pierwsza konferencja i to tak poważna jest - dla kogoś nadal raczkującego - cholernie stresująca.

Jednak z każdą minutą przyzwyczajam się do faktu, że siedzę obok osób, którymi w jakiś sposób się inspiruję, bo odwalają kawał świetnej roboty i potrafią to przełożyć na sukces. Uwierzcie, kilka razy uszczypnęłam się w rękę czy aby na pewno to nie sen i czy aby na pewno siedzę w sali konferencyjnej AmberExpo w Gdańsku. Oczywiście kwestia „połknięta kija” była raz większa raz mniejsza, ale wydaje mi się, że gdyby nie rady i pomoc owej trójki, to bym chyba się tam nie odnalazła albo błądziła jak dziecko we mgle. Wydaje mi się, że przełomowym momentem były dwie sprawy: to, że miałam „opiekę mentorów” oraz luźny i swobodny wywiad z Ralfem van Werschem - współpracownikiem firmy Tilke GmbH & Co. KG. Potem poszło już łatwo, ale nadal uczucie kija jakoś było odczuwalne.

Na koniec dnia zmokłam tak, że wyglądałam jakbym wyszła spod prysznica, ale to co się zdarzyło tego dnia spowodowało, że zamiast to przeklinać wybuchnęłam śmiechem. Po chwili na niebie pojawiło się słońce i tęcza a ja wracałam do domu z uczuciem, że w końcu udało się to, czego zawsze chciałam: znaleźć się na konferencji prasowej jako dziennikarz.

To był jeden dzień, kilka godzin, ale ja pamiętam wszystko minuta po minucie. Każde prawie słowo, szczegół. Bliska mi osoba powiedziała, że będę to pamiętać do końca życia, bo rzeczy i zdarzenia, które przez długi okres czasu są naszym marzeniem i się spełnią na zawsze wykuwają ścieżki w naszej pamięci.

12 maja 2014 roku - data, która zawsze będzie dla mnie ważna . Jest to dzień, w którym udało mi się osiągnąć to co zawsze chciałam.

„Nie ważne jak długo marzycie i walczycie, walczcie i marzcie, bo w końcu się to spełni i wygracie jedną z najważniejszych bitew waszego życia.” :)

Grzegorz, Mick, Adam – dziękuję :)

sobota, 3 maja 2014

Liczby, daty, rocznice, sezonowcy - misz-masz

30 kwietnia oraz 1 maja. Dwie daty, które kibice F1 pamiętają zawsze. Jednak to nie są jedyne daty, które są bardzo ważne dla F1. Zdaję sobie jednak sprawę, że są osoby, które pamiętają te daty dla lansu – tak, znam takie osoby. Tak się ostatnio zastanawiałam, kto z nas pamięta datę rozpoczęcia Mistrzostw F1, ile tytułów zdobył dany kierowca lub jakie tory znajdują się we Włoszech.

Możliwe, że trochę a może i całkowicie jadę teraz po bandzie, ale ostatnimi czasy niesamowicie mnie wkurzają „sezonowcy” lub totalnie oderwani od rzeczywistości ludzie, którzy na hasło „sporty motorowe” wręcz uciekają z krzykiem.... Sytuacja z Empiku w Toruniu. Przeglądam sobie najnowszy numer „F1 Racing”, bo mój leży na biurku w domu. Podchodzi dwóch chłopaków i patrzy na mnie jakbym czytała jakieś porno... nie wspomnę o jeszcze dawniejszej reakcji jak przeglądałam Motormanię... Czułam się jak ufoludek przy tej półce.

Jednak co do sezonowców. Rocznica Rolanda. Kilka portali i osób wspomniało o tym na forum czy Fb. Rocznica Ayrtona? Wszędzie pełno informacji o nim. Informacje wrzucali nawet Ci, co nigdy nie oglądali wyścigu.. po prostu nie chcieli być gorsi. Tak, sama wrzuciłam info na tablicę, ale pamiętam kim byli, dla kogo jeździli itd. Wkurzają mnie tacy ludzie, którzy nagle zaczęli oglądać F1 czy MotoGP, bo jest ciekawie, wypadki i w końcu jest walka... no proszę... Ok, nowi fani są potrzebni, ale nie tacy akurat...

Oczywiście nie chodzi o to, że wrzucam wszystkich do jednego worka, tylko piętnuje tych, którzy na to zasłużyli. Dziwnym trafem ostatnio trafiam na ludzi, którzy przypominają mi piszczące fanki Biebera czy Kwiatkowskiego...