poniedziałek, 29 lipca 2013

"W połowie oszlifowany diament"

Prawie pół roku zbierałam się na napisanie tej notki. Dlaczego tak długo? Jest wiele czynników. Czekałam na poprawę wyników, na lepszą pogodę. W sumie to dużo miałam do przemyślenia. O kim będę pisać? O człowieku, któremu kibicuję już od 7 lat. O kimś, kogo cholernie polubiłam i nawet dostałam kiedyś przez niego dwóję z kartkówki, bo tak przeżywałam, że przegrał Mistrzostwo Świata – stuknięta kobieta, powiecie pewnie .... ale poprawiłam potem na 5 ;)

O kim mowa? 32 letni Brazylijczyk, kierowca Ferrari, ojciec, brat, syn, mąż. Felipe Massa. Ludzie, który nie mają swoich ulubieńców w obojętnie jakiej dyscyplinie sportowej, czasem mnie nie rozumieją, ale momentami czuję się tak, jakbym mówiła o kimś z rodziny – od razu zaznaczam, że to nie jest to mania groupies, które są wszędzie i wiedzą wszystko, o nie. Wiem, gdzie miejsce fana ;)

Ten facet o twarzy dziecka zwrócił moją uwagę już w czasach kiedy jeździł dla Saubera. Był straszną zadziorą, wylatywał z toru, ale miał prawo, bo był jeszcze młody i „nieopierzony”. Potem piękny rok 2006, pierwsze zwycięstwo w Turcji – pamiętam ten dzień jakby to było wczoraj. Przyjaźń z Michaelem Schumacherem. Potem zwycięstwo na Interlagos – ta radość całej rodziny, Rafy.

Sezon 2007, 2008. Sinusoida. Zwłaszcza sezon 2008, który – gdyby nie Australia i Malezja, bo Singapuru i Węgier nie liczę jako jego błędu – mógł zakończyć się mistrzostwem świata. Potem przyszedł pamiętny sezon 2009. Walka i chęć pokazania, że jednak się zasługiwało na mistrzostwo... jednak wypadek przekreślił … nie bójmy się tego powiedzieć już wszystko. Wypadek, który o mało nie zakończył się śmiercią spowodował, że gdzieś zniknął czas, błysk tego faceta. Coś uleciało bezpowrotnie... Było to widać zwłaszcza w sezonie 2010, gdzie ciągle bił się z Hamiltonem i o mało się obaj nie pobili. Ich walka i medialna burza na tyle mnie wciągnęła, że zdecydowałam się pisać o nich licencjat, ale to osobny temat na notkę.

Teraz znów coś jest nie tak. Wypadki, kolizje, niewymuszone błędy. Wszyscy robią dobrą minę do złej gry. Felipe jest wspierany przez Ferrari, Schumachera, Todta, ludzi, którzy dawno nie są już w Ferrari. Jednak to boli. Boli mnie serce, kiedy to wszystko widzę. Człowiek, który był nieoszlifowanym diamentem, obecnie jest do połowy oszlifowany i tak już chyba zostanie. To okrutne, ale trzeba spojrzeć prawdzie w oczy. Mój ulubieniec, mój Fi nie jest tym z początku kariery. Oczywiście nadal mu kibicuję i nigdy nie przestanę, ale boli to jak się męczy. Oczywiście wiele do powiedzenia ma tu też kontrakt, w którym jest określony status kierowcy nr 2 – nie pytajcie skąd wiem, jak to wygląda ;)

Felipe ma charakter – co już kiedyś pokazał, robiąc mega awanturę w Ferrari. Jednak co z tego? To nie jest Webber, który trzaśnie pięścią w stół, powie to i owo.. tutaj wygrywa miłość do zespołu, do ludzi, którzy go szanują. Działa zasada tzw. spirali milczenia. Mechanicy wiedzą, ludzie z otoczenia wiedzą, ale nie odzywają się, bo wiedzą, że góra ma inne zdanie. Wolą trwać w „tym związku”, bo wiedzą, że są w miejscu w którym zawsze chcieli być. Co z tego, że ludzie nie zawsze myślą tak, jakby tego chcieli?

Brazylijczyk przyznał wczoraj, że Ferrari jest z nim, jednak czy aby na pewno? Media to jeden wielki PR. Prawdę zna rodzina, najbliżsi. Kibice dowiedzą się więcej tylko jeżeli rozmawiają z kierowcami sam na sam lub z dziennikarzami – choć to nie zawsze też się sprawdza, bo tutaj też może być stosowany PR.

Jedno jest pewne. Nie ważne co się z nim stanie po tym sezonie, zawsze będzie tym – obok Schumachera – dzięki któremu pokochałam ten zwariowany świat F1 ;)

poniedziałek, 8 lipca 2013

Luźno

Mam pomysł na nową notkę, ale to będzie strasznie długa notka, a nie chcę jej popsuć. Obecnie spędzam czas na miłych rozmowach z ludźmi, których uwielbiam i do których się przywiązałam. Uwielbiam z nimi pisać, rozmawiać, cieszę się, że ich mam. A jeszcze bardziej się do nich chyba przywiąże jak spotkam osobiście...

Niestety, a może i stety, jestem typem osoby, która lubi dużo rozmawiać, ale wiem, że nie każdy ma na to czas i ochotę. Czasem siedzę przed monitorem, widzę zielone kropeczki przy ich nazwiskach, ale nie piszę, bo nawet nie wiem czy dostanę odpowiedź – a nie lubię jak ktoś odczytuje to co napisałam i zero odpowiedzi... chyba za bardzo przeżywam...

Druga rzecz, która mnie dziś bardzo zdenerwowała, to chamstwo prezentowane w niektórych sklepach.. ja czasem naprawdę się zastanawiam, czy nie przeszkadzam niektórym paniom w pracy... no ale cóż.....

Obecnie czekam aż pojadę do babci na wakacje. Zamienię prawie 45 tyś miejscowość na małą, malowniczą wioskę w Wielkopolsce. Piękne krajobrazy, czysta woda, zamki, pałace... pola pełne zbóż, rzepaku, no po prostu mnie nosi już... idealne miejsce na bieganie, świeże powietrze.. dobrze, że F1 za trzy tygodnie nie będzie za dużo do pisania, ale po drodze MotoGP i inne serie, które chętnie pooglądam :)





piątek, 5 lipca 2013

"A miało być cicho, spokojnie..."

Ostatnio wszystko się wywraca do góry nogami. Wczoraj dostałam awans – teraz jestem odpowiedzialna za reklamę, PR i pozyskiwanie współpracowników dla Motorsport Grand Prix. Dziś za to się bardzo zdziwiłam, bo pierwszy raz miałam sytuację, że kierowca sam zaprosił mnie do znajomych – dziwne uczucie :)  

Moje życie miało być w te wakacje spokojne, ciche.. ale jest inaczej, wszędzie mnie pełno, każdy mnie chyba już zna... ale staram się nie być namolna i upierdliwa. Kiedyś usłyszałam, że dziennikarz musi być chamski i upierdliwy a wtedy coś osiągnie.. ale nie ze mną te numery, ja tak nie potrafię. Albo ktoś chce udzielić mi wywiadu i ze mną rozmawiać albo nie. Proste..

Jednak jest coś, co chcę by się znalazło... jakaś druga połowa do wyżalenia się, przytulenia, porozmawiania... może kiedyś się znajdzie ;) ;)  

czwartek, 4 lipca 2013

"Dwie strony medalu"

Podcinanie skrzydeł, to jedna z najgorszych rzeczy jaka może nas spotkać w życiu. Jednak ostatnio okryłam, że jest coś gorszego, lecz inni powiedzą, że to jedna z najlepszych rzeczy, jakie może postawić przed samym sobą człowiek. Wymaganie od siebie samego więcej i więcej. Z jednej strony kreowanie własnego "ja", z innej pogrążanie się w dół, który coraz bardziej wciąga.  

Najgorzej jest wtedy, kiedy człowiek słyszy wokół, że jest dobrze, ale tak naprawdę ma gdzieś z tyłu głowy głos mówiący „wcale nie, nie macie racji, ja wiem lepiej”.. i tu pojawia się problem. Z jednej strony chcemy być lepsi i lepsi, ale z drugiej strony często jest tak, że... nie mamy komu się wyżalić, komu powiedzieć co nam leży na sercu... i pozostaje nam uciekanie do książek, muzyki czy rozmowy z samym sobą w lustrze – skąd ja to znam...

Cholernie trudno mi jest przejść do porządku dziennego, kiedy wiem, że komuś jest źle, smutno.. ale chce zostać z tym sam... rozumiem takich ludzi, ale sama siedzę jak na szpilkach, bo chce pomóc a nie wiem jak... w sumie sama wiem, jak to jest być w takim stanie... ale jak to człowiek, jego reakcje i działania zawsze mają dwie strony medalu...

PS: i tu doskonale rozumiem Lewisa Hamiltona, który chciał być przez cały weekend na Silverstone sam... bo jest pewien etap tego stanu, gdzie człowiek sam musi się pozbierać, chyba, że jego psychika tego nie zdoła udźwignąć...